wybaczcie literówki i brak literki 'ci' - coś jest nie tak z moją klawiaturą i jestem w trakcie naprawiania tej usterki; rozdział jest krótki właśnie ze względu na to, dopóki mój stary komputer nie wróci z naprawy.
TOBIAS
Mijają dni, a mi nadal nie wolno do niej wchodzic. Nie rozumiem niczgo. Co się tam stało? Co, albo kto, sprawiło, że moja dziewczyna na 95% pewności mnie nie pamięta? Codziennie przychodzę na szpitalny korytarz, żeby choc przez chwilę móc na nią popatrzec. Widzę, że się zmieniła. Jest chuda, jeszcze chudsza niż była, jej ciało pokrywają liczne siniaki i kilka blizn, a szyja, obojczyk i nadgrstek są owinięte bandażami. Chciałbym zbic szybę, która nas dzieli - pozbyc się tego, co powstrzymuje mnie od rzucenia się w kierunku Tris. Powtarzam sobie, że to dla jej dobra.
Któregoś dnia - nie jestem w stanie określic, którego, bo straciłem rachubę - spotkałem na korytarzu Carę. Patrzymy się razem na nieobecną Prior, bo tak nazywają ją lekarzę, powstrzymując się od łez.
- Powiesz mi, co się tam działo? - mówię w końcu, bo nie wytrzymuję. Czuję, że zaraz wybuchnę. - Dlaczego, do cholery, nie mogę porozmawiac z moją dziewczyną!?
Do oczu Cary napływiają łzy. Ja teź mam ochotę buchnąc płaczem, ale zamiast smutku, czuję złośc.
- Tobias... p-p-przepraszam. T-t-to wszystko działo się tak sz-szybko... - zaczyna szlochjąc, ale ja nic nie rozumiem. - N-n-n-nawet nie zauważyłam, kiedy o-o-ona... to znaczy Tris... tam weszła. Do laboratorium. D-d-d-avid... oberwała od niego kilka kulek.
Liczę do dziesięciu, oddycham głęboko. Przenoszę wzrok na drobną blondynkę, która leży na łóżku. Wszystko składa się na spójną, sensowną całośc, której tak czy owak nie umiem pojąc.
~
Nadchodzi ten dzień. Pozwalają mi z nią porozmawiac, zobaczyc. Matthew otwiera masywne drzwi i wpuszcza mnie do środka. Mam ochotę rzucic się Tris na szyję, ale tego nie robię.
- CO DO CHOLERY!? - słyszę, zanim zdążę cokolwiek powiedziec. - Kogo znów, bando idiotów w fartuchach, tutaj przyprowadziliście!? - nie wierzę własnym uszom. To jej głos, jej ciało, ale to nie ona.
- Zapomniałem Ci powiedziec. - mówi Matthew, ciągnąc mnie na bok. - Lekarze podejrzewają u niej, oprócz zaników pamięci, rozdwojenie jaźni i paratymię, czyli brak spójności myśli z czynami lub słowami. Tymczasowe, ale niezwykle poważne.
Coś się we mnie łamie, nogi się uginają. Ale muszę upewnic się, że to prawda. Bez słowa odchodzę od chłopaka i przysuwam się do łóżka szpitalnego.
- Mówiłam już chyba, że nie życzę tu sobie nikogo. Jesteś kolejnym szpitalnym fipkiem, który zaoferuje mi pomoc? Dziękuję uprzejmie... albo i nie. - rzuca z wściekłością, ostatnie słowa wypowiadając z ironią. Gdzie jest moja krucha, delikatna dziewczyna? No tak, zapomniałem. Zniknęła, zastąpiona przez podłą schizofreniczkę, która mruczy teraz coś cicho pod nosem.
- Nie, Tris. To ja. - mówię łagodnie i powoli. - To ja, Tobias. Cztery.
- Dlaczego facet z liczbą zamiast imienia zna moją godnośc? Mam wezwac jakiegoś sługusa z budki ochroniarza czy się ulotnisz? - mówi bez chwili zastnowienia. Moja dziewczyna właśnie mi grozi.
- To ja. Twój chłopak. Słuchaj... to wszystko... ja... - zaczynam.
- WYJDŹ. Albo powiem, że mnie uderzyłeś. - przerywa, a na jej twarzy maluje się nadchodząca furia. Nigdy nie widziłem jej w takim stanie.
Zło nie sypia, ale czasem trafia do szpitalnego łóżka.
TRIS
Wygoniłam już jakiegoś idiotę ze swojego pokoju, ale przyszedł kolejny. W rękach obracam nóż do masła, który po śniadaniu schowałam pod poduszką. Nie lubię, nie mam ochoty byc bezbronna. Unoszę wzrok i widzę dziwnie znajomą twarz. Jednak wspomnienia, którę się z nią wiążą, zasłnia mi mgła. Ni mogę przypomniec sobie, kim jest ten chłopak. Po jego ubraniu i zachowaniu widzę, że to Nos. Zastanawiam się, czemu znam ten dziwny slang, a nie pamiętam ludzkich twarzy. Ubrany w brudne, dwudniowe ciuchy chłopak siada w milczeniu na krześle nieopdal. Silę się, żeby na niego nie warknąc, ale to silniejsze ode mnie.
- Co tym razem? Ktoś umarł? - parskam z pomrukiem niezadowolnia.
- Ty. To znaczy prawie. Przeze mnie. - odpowiada.
Po jego minie wnioskuję, że nie kłamie. To wszystko przez niego? Zaciskam wargi i przestaję obracac nóż, łapię go w mocny uścisk. Usiłuję się uspokoic. Raz... dwa... trzy... Rzucam się w jego kierunku, ciągnąc za sobą całą aparaturę, ta zaś przewraca się, oplątując dookoła mojego ciała. To jednak mnie nie powstrzymuje - dopadam do chłopaka. Jest w moim wieku i wyjątkowo podobny do mnie. Rzucam go na podłogę, przytrzymuję i siedząc na nim przystawiam nóż do gardła. Widzę przerażenie w jego oczach.
- Dzięki za szczerośc. Teraz możemy się rozliczyc. - mruczę cicho, uśmiechając się.
Ostrze mimowolnie zbliża się do skóry ciemnowłosego, staram się przestac, ale nie umiem. Nagle coś odpycha mnie do tyłu, ląduje na połodze zaplątna w kable, kroplówkę i inne elemnty sprzętu medycznego. Z nosa sączy mi się krew. Próbuję wstac, ale czuję, że ktoś mnie trzyma.
To on. Szpitalny fipek iminiem Cztery. Wyrywam się i szastam, a długie włosy wpadają mi do oczu.
TRIS
Wygoniłam już jakiegoś idiotę ze swojego pokoju, ale przyszedł kolejny. W rękach obracam nóż do masła, który po śniadaniu schowałam pod poduszką. Nie lubię, nie mam ochoty byc bezbronna. Unoszę wzrok i widzę dziwnie znajomą twarz. Jednak wspomnienia, którę się z nią wiążą, zasłnia mi mgła. Ni mogę przypomniec sobie, kim jest ten chłopak. Po jego ubraniu i zachowaniu widzę, że to Nos. Zastanawiam się, czemu znam ten dziwny slang, a nie pamiętam ludzkich twarzy. Ubrany w brudne, dwudniowe ciuchy chłopak siada w milczeniu na krześle nieopdal. Silę się, żeby na niego nie warknąc, ale to silniejsze ode mnie.
- Co tym razem? Ktoś umarł? - parskam z pomrukiem niezadowolnia.
- Ty. To znaczy prawie. Przeze mnie. - odpowiada.
Po jego minie wnioskuję, że nie kłamie. To wszystko przez niego? Zaciskam wargi i przestaję obracac nóż, łapię go w mocny uścisk. Usiłuję się uspokoic. Raz... dwa... trzy... Rzucam się w jego kierunku, ciągnąc za sobą całą aparaturę, ta zaś przewraca się, oplątując dookoła mojego ciała. To jednak mnie nie powstrzymuje - dopadam do chłopaka. Jest w moim wieku i wyjątkowo podobny do mnie. Rzucam go na podłogę, przytrzymuję i siedząc na nim przystawiam nóż do gardła. Widzę przerażenie w jego oczach.
- Dzięki za szczerośc. Teraz możemy się rozliczyc. - mruczę cicho, uśmiechając się.
Ostrze mimowolnie zbliża się do skóry ciemnowłosego, staram się przestac, ale nie umiem. Nagle coś odpycha mnie do tyłu, ląduje na połodze zaplątna w kable, kroplówkę i inne elemnty sprzętu medycznego. Z nosa sączy mi się krew. Próbuję wstac, ale czuję, że ktoś mnie trzyma.
To on. Szpitalny fipek iminiem Cztery. Wyrywam się i szastam, a długie włosy wpadają mi do oczu.